Za czasów mojego liceum pierwszym i często ostatnim pytaniem zadawanym nowo poznanej osobie było: czego słuchasz?
Muzyka określała osobowość, mówiła kto jest kim w świecie.
Brakuje mi tego co łapało za serce w muzyce. Szukania zespołów, których się wcześniej nie słyszało. Oczekiwania na nową płytę tych już poznanych. Teraz także czasem czekam na nowe płyty ulubionych wykonawców, ale brak już tego wariactwa, kiedy odliczało się dni do kolejnego wydania.
Kumpel, z którym dzieliłem upodobania i z którym lubiłem sobie pogadać bez skrępowania na tematy muzyczne wyjechał do Reichu. Temat się urwał. Szlag mnie trafia, ale okoliczności (czyt. kobiety i dzieci) nie pozwoliły posadzić nigdy dupy koło głośnika i posłuchania sobie razem ulubionych kawałków.
Tak jak miesiąc temu z Jamesem poleciałem w kosmos, tak w ten piątek odleciałem w słuchawkach z kings of leon. Nie pamiętam tytułu. Taki dość melodyjny utwór. Nawet bez szaleństw. Ale ktoś na żywo podzielił się ze mną tym kawałkiem dźwięku, który go niezwykle kręci.
Moja własna muzyczna historia?
Prosty mainstreamowe dźwięki dzieciństwa, a więc to co w radiu lat 80-tych. Trochę płyt zbieranych przez rodziców. Ulegającej mdłym modom Mamie i rockandrollowemu Tacie. Dyskoteka Pana Jacka. Polski Rock – ale ledwie, ledwie.
Przeobrażenie w liceum. Morbid Angel oraz Iron Maiden. Dzięki Olsefrano! W końcu padłem na cyce przy Angel Dust zespołu Faith no More. Oraz Big Cyc. Później KAaaaazik!
Na przełomie wieków odkryłem muzykę elektroniczną i Paktofonikę.
I. Zastój.
Przydałby się jakiś mocniejszy bit.
